s

Z DRUGIEJ STRONY TĘCZY

27152Ważna jest nie tylko pamięć o poległych, lecz także przyszłość. A przyszłość to dzieci.

„Tęsknię za tatusiem”, mówi sześcioletnia Kasia
i odchodząc od grobu, przesyła tacie buziaka na pożegnanie. „Przecież nie może go pamiętać, miała zaledwie dwa latka, gdy zginął”, dziwi się babcia. „Dlaczego puściłaś tatę na wojnę?! To twoja wina, że nie wrócił!”, wykrzyczał w złości dwunastoletni Krzyś. „Nie wiem, jak mam z nim rozmawiać o śmierci ojca”, przyznaje bezradnie Mariola. Coraz częściej pomocy psychologicznej wymagają dzieci żołnierzy, którzy zginęli na misjach.

Nie tylko pamięć

Był to jeden z tematów poruszanych na warsztatach integracyjnych dla rodzin poległych żołnierzy. Zorganizowało je w Wilkasach koło Giżycka Stowarzyszenie Rodzin Poległych Żołnierzy „Pamięć
i Przyszłość” dzięki finansowemu wsparciu Ministerstwa Obrony Narodowej oraz życzliwej pomocy pułkownika Stanisława Ekierta, pełnomocnika dowódcy Wojsk Lądowych do spraw poszkodowanych w misjach. Z Iraku i Afganistanu nie wróciło do domów 65 żołnierzy. Ich śmierć zbliżyła rodziny i z tej bliskości w kwietniu 2012 roku powstało stowarzyszenie.

Na pytanie, dlaczego w nazwie pojawia się słowo „pamięć”, Monika Nosek, wiceprzewodnicząca stowarzyszenia, odpowiada: „Bo nie zapomnimy”. A dlaczego „przyszłość”? „Bo chociaż nie ma już naszych mężów i synów, musimy żyć dalej”. Żyć i, co niełatwe, pogodzić się z losem. W tym pomagają także warsztaty integracyjne. Jak mówi Sylwia Szymańska, psycholog z Kliniki Psychiatrii i Stresu Bojowego Wojskowego Instytutu Medycznego: „Dają one poczucie przynależności do grupy oraz przekonanie, że śmiech nie jest zbrodnią, nie kala pamięci o poległym”.

Jedni rodzice są przykładem dla drugich, jak radzić sobie z żałobą. Teraz już wiedzą, że warto poddać się terapii w klinice WIM. Mają poczucie, że nie są sami, gdy na spotkaniach słyszą podobną historię. Potem jednak wracają do domu i, jak mówi Krystyna, która straciła syna, „nawet gdy zejdzie się cała rodzina, pozostaje dziura, bo nie ma Piotrka. Dlatego najlepiej nam z mężem, gdy jesteśmy sami”.

„Nie wszyscy rodzice i wdowy po poległych żołnierzach biorą udział w integracyjnych spotkaniach. Niektórzy boją się wspomnień, płaczu i bólu”, mówi Jerzy Patoka, w Dowództwie Wojsk Lądowych główny specjalista do spraw poszkodowanych w misjach. Monika Nosek po raz pierwszy jechała na warsztaty psychologiczne z przekonaniem, że taka pomoc nie jest jej potrzebna. Na miejscu okazało się, jak bardzo się myliła. Jest wdową od dziewięciu lat. Grzegorz zginął na III zmianie w Iraku. Na spotkanie do Wilkas przyjechały także wdowy, które nazywa „świeżynkami” – to dziewczyny, które są w żałobie od kilku miesięcy. Rozumie je, bo przechodziła podobną traumę. „Gdy opowiadam swoją historię, wskazuję światełko w tunelu”, mówi Monika. „Przekonuję, że jest życie po życiu i może jeszcze wydarzyć się coś dobrego”.

System wsparcia

„Trzy lata temu zaczęliśmy budować system psychologicznego wsparcia dla rodzin poległych żołnierzy. Tak powstała grupa ludzi sobie życzliwych, którzy przyjeżdżają na spotkania z różnych stron Polski, aby ze sobą pobyć”, mówi Jerzy Patoka. Wielu rodziców poległych żołnierzy już zrozumiało, że ważna jest nie tylko pamięć, lecz także przyszłość – wnuki i synowa oraz cała rodzina.

Dziś z uśmiechem wspominają pierwsze warsztaty psychologiczne w Międzywodziu, w których wzięli udział. Krystyna przyznaje, że gdyby wiedzieli, co ich tam czeka, pewnie nie zdecydowaliby się na ten wyjazd, a jej mąż porównuje terapię do tąpnięcia w górnictwie. Anna odczuwała wtedy „rwanie z głębi duszy” i po dwóch dniach chciała się pakować. Nie rozmawiali z mężem o śmierci syna, a na warsztatach po raz pierwszy musieli o tym głośno opowiedzieć. „Dziś lżej nam się mówi o tych sprawach, choć czasem też sobie popłaczemy”, przyznaje. Krystyna dziś może już patrzeć na zdjęcia Piotra. Zaczęła od pojedynczych fotografii, a dziś ogląda cały album, karta po karcie.
Rozmawia z nim, czasem sobie popłacze.

„Na warsztatach psychologicznych po raz pierwszy inaczej spojrzałyśmy na naszą żałobę”, przyznaje Marzena Zielke, przewodnicząca stowarzyszenia. „Zobaczyliśmy, że nie jesteśmy sami i musimy żyć dla tych, którzy zostali. Teraz chcemy rozszerzyć warsztaty o zajęcia dla dzieci, u których pojawiają się problemy związane z traumą po śmierci ojca”.

Gdzie jest tata?

Iwona opowiada o sześcioletniej Kasi, jak bardzo jest podobna do ojca. Taka sama mimika i podobne upodobania kulinarne. Tłumaczy jej, że tata zginął. Kasia jest jeszcze za mała, aby pytać o szczegóły. Iwona wie jednak, że ten czas nadejdzie. Dziś wystarczy powiedzieć, że chociaż taty z nami nie ma, czuwa nad rodziną z góry.

Gdy dziewięć lat temu zginął Andrzej, Krzyś liczył 12 lat, a Michał miał się dopiero urodzić. Mariola często opowiadała o nim synom. Mówiła im, że w Afganistanie musiał bronić takich małych chłopców jak oni. Problemy pojawiły się niedawno. Krzyś zaczął chorować, wieczorem popłakiwał, coraz częściej domagał się opowieści o tacie, chciał wiedzieć, co robił, gdy był mały. Aż wreszcie wykrzyczał w złości: „To twoja wina, że zginął!”.

Psycholog Elżbieta Błażejewska-Bandurska, do której Mariola trafiła z Krzysiem, nie była zaskoczona. U dwunastoletniego chłopca żałoba nałożyła się na młodzieńczy bunt. Trudno o bardziej wybuchową mieszankę. Jak wdowy mają oswajać dziecko ze śmiercią ojca?

„Rozmawiać, mówić o uczuciach, bo życie i śmierć istnieją obok siebie”, tłumaczy. „Dziecko odcięte od emocji może stracić zdolność do późniejszego nawiązania kontaktów z innymi ludźmi. Pojawia się agresja”.

Warsztaty psychologiczne i spotkania integracyjne to dla rodzin poległych żołnierzy ważny element terapii. „Stowarzyszenie ma wskazywać problemy i mobilizować nas, abyśmy się nimi zajmowali”, zachęcał w Wilkasach rodziców i wdowy po poległych żołnierzach do udziału w terapii generał broni Marek Tomaszycki, dowódca operacyjny sił zbrojnych. Także generał dywizji Andrzej Malinowski, zastępca dowódcy Wojsk Lądowych, zapewnił, że chociaż od stycznia 2014 roku Dowództwo Wojsk Lądowych przestanie istnieć, to sprawy dotyczące rodzin żołnierzy poległych na misjach przejmie Dowództwo Generalne Rodzajów Sił Zbrojnych: „Będziemy strażnikami pamięci o tych, którzy zginęli”.

Jednym z punktów warsztatów integracyjnych w Wilkasach było spotkanie rodzin poległych z kadrą kierowniczą MON. Usiedli obok siebie: rodzice i wdowy, psycholodzy, kapelani, przedstawiciele resortu obrony i wojska. Dla generała Tomaszyckiego „żołnierze są jak wielka rodzina, a śmierć każdego, kto zginął podczas służby, to największa tragedia i porażka dla dowódcy. To poczucie zbliża nas do rodzin”.

Wiele jest spraw, o których rodziny poległych chcą rozmawiać. Marzena Zielke ułożyła je w kilkupunktową listę.

Po pierwsze, część żon tych, którzy polegli, nie może znaleźć pracy. W dobie kryzysu samotna matka z małymi dziećmi nie jest atrakcyjnym pracownikiem. Zamknięcie w czterech ścianach natomiast tylko przedłuża traumę. Stąd prośba do ministra, aby rozważył przydzielenie kilku etatów pracowników wojska do dyspozycji szefa Inspektoratu Wsparcia Sił Zbrojnych lub dowódcy generalnego. Życie pokazało, że podobne rozwiązanie dla żołnierzy z kategorią zdolny
z ograniczeniem zdało egzamin.

Po drugie, wdowy widzą potrzebę ujednolicenia rent rodzinnych. Bo dlaczego jednym przyznano je bezterminowo, a innym na czas do ukończenia przez dzieci 16 lat?

Po trzecie, stowarzyszenie proponuje, aby we wszystkich szpitalach, których organem założycielskim jest minister obrony narodowej, wyznaczyć osoby do kontaktu z poszkodowanymi i rodzinami poległych, mające pomagać w kontaktach z lekarzami. Pozostaje jeszcze problem opieki zdrowotnej nad dziećmi – może warto nawiązać współpracę z Centrum Zdrowia Dziecka? Mimo chęci niesienia pomocy psychologowie z jednostek wojskowych nie są specjalistami w terapii rodzinnej czy psychologii dziecięcej i nie zawsze potrafią pomóc.

Po czwarte, dla rodzin ważne jest upamiętnienie ich najbliższych.

Jak mówiła Marzena, „nie doczekaliśmy się żadnego wydawnictwa o poległych żołnierzach, nie mają oni własnego pomnika. Podoba się nam rozwiązanie amerykańskie, gdzie każdemu z poległych ufundowano tabliczkę ze stopniem, imieniem i nazwiskiem, datą urodzenia i śmierci. Chcielibyśmy w przyszłości stanąć w takim miejscu, by pokazać dzieciom i wnukom, że ich ojciec i dziadek oddał życie w walce z terroryzmem”.

„To dobry pomysł”, pomyślała Maria. Taka tablica z wyrytymi imionami i nazwiskami poległych znajduje się w kaplicy na warszawskiej Cytadeli. To dziwne, że kawałek metalu może dać poczucie bliskości. Gdy była ostatnio w kaplicy i zapłonęły znicze, to po dotknięciu tabliczki miała wrażenie, że głaszcze rozwichrzoną czupryną Marcina.

Gdzie powinno powstać takie miejsce pamięci? Monika uważa, że na warszawskich Powązkach, bo tam są pomniki poległych w wojnie 1920 roku i w II wojnie światowej. Do tej opinii przychyla się większość rodzin oraz generał Tomaszycki.

„Dowództwo Operacyjne czuje się odpowiedzialne za żołnierzy poległych na misjach i ich rodziny”, zapewnił generał Marek Tomaszycki. Obiecał pomoc w sprawach, o których mówiła Marzena. Poprosił o listę z nazwiskami wdów, które chciałyby pracować w wojsku. „Jesteśmy w stanie szybko załatwić tę sprawę”, zadeklarował. Także pułkownik Sławomir Filipczak, dyrektor Departamentu Spraw Socjalnych MON, zapewnił, że przekaże prośbę wdów wiceministrowi Czesławowi Mroczkowi.

Światełka pamięci

Wnętrze kościoła rozświetliły znicze. To była wzruszająca chwila, gdy zapłonęły pod ołtarzem. Major Marcin Warda z 15 Brygady Zmechanizowanej w Giżycku głośno wyczytywał nazwiska poległych żołnierzy. Kilkanaście kroków do ołtarza, aby przyklęknąć, przeżegnać się i postawić zapaloną lampkę, wydawało się Marcie drogą bez końca. Przywołała twarz Adama. „To światełko dla ciebie. Kocham cię”, szepnęła w myślach i postawiła znicz. Z każdym wyczytanym nazwiskiem migotało coraz więcej płomyków, rodzice i wdowy mijali się w milczeniu, każdy ze światełkiem pamięci
w dłoni, niektórzy ze spuszczoną głową, jakby chcieli ukryć napływające do oczu łzy. „Dzielimy się smutkiem i pamięcią”, mówił na mszy ksiądz kapitan Grzegorz Przewrocki, proboszcz giżyckiej parafii cywilno-wojskowej pod wezwaniem Ducha Świętego.

Dla rodziców poległych żołnierzy było to wzruszające kazanie. „Żałoba jest ciągłą modlitwą, która koi ból”, mówił ksiądz. „Ważne, aby ten ból przeżywać we wspólnocie. Pięknym symbolem tej wspólnoty są złączone dłonie – logo stowarzyszenia”. Wspominał poległych, synów i mężów, i przekonywał: „Oni chcą, byście byli szczęśliwi, patrzą na was z drugiej strony tęczy”.

autor tekstu i zdjęć: Małgorzata Schwarzgruber.