s

TERAPIA ŻYCIEM

27223  Po śmierci syna Barbara wybudowała dom dla jego przyjaciół.                                                                                                           
Od czasu, gdy zobaczyłam ją po raz pierwszy, minęło kilka miesięcy. Wtedy na skwer pod łódzką Manufakturą przyjechała na rowerze: krótkie spodenki, długie opalone nogi, na prawym ramieniu niewielki tatuaż w kształcie kwiatu irysa („Irys” to jej pseudonim z czasów, gdy grała w kadrze siatkarek) oraz napis „Cinek” – zdrobnienie
od Marcinka. Tak miał na imię jej syn, 26-letni Marcin Pastusiak, który 22 stycznia 2011 roku zginął
w Afganistanie. „Baśka jestem”, powiedziała po prostu.

Dwie Barbary

Taka była pierwsza Barbara. Roześmiana, nieustannie gdzieś się spiesząca, aby jak najintensywniej wypełnić każdą godzinę – popędzić na siłownię, zdążyć na trening na kręgielnię, gdzie czekają jej podopieczni: grupa niepełnosprawnych sportowców, niewidomych i niedowidzących. „To moje «ślepaczki»”, mówi o nich ciepło. Uczy ich gry w kręgle, koryguje rzuty, tłumaczy, dlaczego kula przeszła obok, pokazuje, że trzeba bardziej się pochylić i nie garbić lub wyprostować ręce. Wiesiek, który w wypadku stracił wzrok i trzy palce u prawej ręki, musi rzucać inaczej niż pozostali. Trzecie miejsce, które zajął w mistrzostwach Polski w kręglach klasycznych, to także jej sukces.

Barbara wie, jak smakuje zwycięstwo i że sport nie jest dla słabeuszy. Jej kariera pod okiem Huberta Wagnera to było szybkie wejście na szczyt i równie szybki upadek – po kontuzji kolana. W 1977 roku po raz pierwszy wyjechała z reprezentacją siatkarek za granicę, dwa lata później na treningu uratowała piłkę nie do uratowania, ale zerwała wiązadła. Po trzech operacjach nie wróciła już do drużyny.

„To silna kobieta”, mówią o niej ci, którzy widzą ją po raz pierwszy. „To pozory”, zaprzeczają przyjaciele. Nie ma ich wielu.

Tę drugą Barbarę poznałam dopiero wtedy, gdy zapytałam o Marcina. Jeszcze przez chwilę jej twarz pozostała roześmiana, ale potem w oczach pojawił się ból. Nie pytałam, czy wie, jak zginął. W grubej teczce zebrała różne dokumenty i pamiątki, nekrologi, artykuły z prasy. Zamyśla się nad jednym
z tekstów, w którym koledzy opowiadali o Marcinie. Nigdy nie narzekał, lubił porządek, był pomocny, na każde zawołanie. Mówili, że wychowała ideał. Barbara żartuje, że zrobiła to z lenistwa, bo gdy dorósł, mogła na niego liczyć: sprzątnął mieszkanie, ugotował obiad (był mistrzem w lepieniu pierogów), przyniósł torby z zakupami.

Taki był też wobec Moniki. „Wychowałam go dla siebie na starość i dla żony”, mówi. Po powrocie
z Afganistanu miał się żenić. Przy nim zawsze czuła się bezpiecznie. Jak wtedy, gdy wracali ze sklepu
i rozpętała się burza. Skuliła się, jakby miał trafić ją piorun. „Mamuśka, nie bój się. Ja jestem”, przytulił ją Marcin. Strach zniknął.

Śmierć Pasty

W Afganistanie starszy szeregowy Marcin Pastusiak, dla kolegów „Pasta”, był młodszym operatorem w operacyjnym zespole doradczo-łącznikowym do spraw policji. Jeździł jako strzelec w wieży Rosomaka. W kraju służył na stanowisku patrolowy-celowniczy w Oddziale Specjalnym Żandarmerii Wojskowej w Mińsku Mazowieckim. Dlatego przydzielono go do grupy ochrony zespołu szkolącego afgańskich policjantów. Osłaniał innych żandarmów przed ostrzałem, gdy jako instruktorzy uczyli ich na posterunkach.

Mijał trzeci miesiąc na misji. Tego dnia wracali z miasta Qarabagh. Wielokrotnie jeździli tą drogą, ale zakopany wiele miesięcy temu ajdik wybuchł 22 stycznia 2011 roku. W powietrze wyleciał przedostatni wóz w kolumnie. Dwóch żołnierzy – starszy szeregowy Marcin Pastusiak i ratownik medyczny Marcin Knap – zginęło na miejscu.

W maju 2012 roku w kościele garnizonowym, gdzie odbył się pogrzeb Marcina, Barbara odsłoniła tablicę poświęconą żołnierzom Garnizonu Łódź, którzy pełnili służbę w misjach pokojowych
i stabilizacyjnych w latach 1953–2012. Jest na niej cytat z Daga Hammarskjölda: „Prowadzenie misji pokojowych nie jest zajęciem dla żołnierzy, ale tylko żołnierze potrafią to czynić”. Bywa w tym kościele, bo łódzkie Koło numer 40 Stowarzyszenia Kombatantów Misji Pokojowych ONZ zaprasza ją na uroczystości Dnia Weterana lub święto żandarmerii.

Pamięci Marcina

Pamięta tamten styczniowy dzień, gdy z Afganistanu nadeszła wiadomość, że Marcin zginął.
Pod drukarnię, gdzie pracowała, podjechał wojskowy samochód i wysiadło z niego kilka osób. Zobaczyła mundury. Już wiedziała. „Po co przyjechaliście?”, zapytała jednak. Nie płakała.
Łzy przyszły później, gdy wróciła do pustego mieszkania. Płakały razem z Moniką.

W pokoju Marcina na ścianie wiszą fotografie: on w błękitnym hełmie na misji w Libanie, zdjęcie drużyny Widzewa i – ulubione zdjęcie Barbary – Marcin i Monika roześmiani na tle Tatr. Zaręczyli się na Giewoncie, bo dzięki Monice jej syn pokochał góry. Barbara nie lubi jednak oglądać zdjęć Marcina. Otacza się natomiast jego rzeczami – stąd rzucony na środek pokoju plecak, wojskowe buty w kącie (nosił je na misji ONZ w Libanie), szalik kibica Widzewa nad biurkiem, piłka z podpisami, którą dostał od piłkarzy Realu Madryt, obok misiek – prezent od Moniki na dziewiętnaste urodziny – i aniołek, którego podarowała mu przed wyjazdem do Afganistanu.

Wszystko, co robi, dedykuje Marcinowi. Nie zważając na chore kolano, razem z grupą swoich niedowidzących podopiecznych weszła na Kasprowy Wierch, bo on kochał góry. Jak to jest, dziwiła się, że choć w stołówce nie wiedzą, gdzie na stole stoi solniczka, w górach idą prosto przed siebie, trzymając się za ręce? Wyczuleni są na każdy gest i wystarczy im mała podpowiedź – w prawo lub
w lewo.

Zaprzecza, gdy mówię, że ucieka. Przekonuje, że szuka pozytywnych ludzi, nasyca się pięknymi miejscami. Uważa, że niepotrzebna jej pomoc psychologa. „Co on może mi dać? Czego mnie nauczy?”, pyta. Za namową przyjaciół pojechała na warsztaty psychologiczne. Nie odnalazła się wśród innych matek, które straciły synów, i żon, których mężowie nie wrócili z misji. One inaczej przeżywały żałobę, ona nie pogodziła się jeszcze z tym, że Marcin nie żyje. „Mam swoją terapię – życiem”, mówi.

Dom dla przyjaciół

Na spotkanie umawiałyśmy się kilka razy. Oddzwoniła z Rygi i z Włoch, że pod koniec miesiąca wraca na kilka dni do Łodzi, a potem znów wyrusza, aby pod Jelenią Górą nadzorować ostatnie prace przy budowie „Marcinkowa”. „Trzeba pomalować ściany, dorobić kilka mebli. Muszę tego dopilnować”, tłumaczyła. Dotarły zamówione skrzynki, obite lnem w kwiaty. Po skręceniu będą służyć jako szafa.

Cudny. Drewniany. Ciepły. Tak Barbara opisuje dom. Czasem myśli, że tak jest w raju. Zwiozła pamiątki po rodzicach, ciotkach i wujkach, aby w pachnące jeszcze żywicą ściany tchnąć „ich duszka”. Wchodzisz, zamykasz drzwi i czujesz spokój. Gdy nie było jeszcze prądu, stara naftowa lampa rozjaśniała nocny mrok.

Skąd pomysł wybudowania takiego domu? „Spłynął na mnie deszcz pieniędzy. Zadośćuczynienie, odszkodowanie. Dużo za dużo. Na co miałam je wydać, skoro nie było już Marcinka?”, pyta. Drewniany dom z bujanym fotelem był kiedyś ich wspólnym marzeniem. Fotela jeszcze nie ma, ale dom już stoi. Na parterze duży salon z aneksem kuchennym i dwie sypialnie, na górze w jednym dużym pomieszczeniu leżą już materace, a w oknach wiszą firanki.

Działkę znalazła przez przypadek, na skraju wsi. „Tutaj inaczej płynie czas. Miejscowi mierzą go co godzinę, jak przejedzie autobus”, mówi Barbara. Gdy zobaczyła to miejsce, zakochała się w nim. Jest pewna, że każdy, kto tu przyjedzie, podzieli tę miłość. W folderze z domkami wybrała prostą konstrukcję. Kuzyn zebrał ekipę. Prace ruszyły.

Na piętrze zrobiła kącik z widokiem na dwie góry – Sokolnik i Krzyznę. Materac na podłodze, obok dwie skrzynki nakryte łowicką serwetą, na ścianie zdjęcie Marcina. Azyl. Stanie jeszcze parawan, za którym będzie mogła się schować, gdy poczuje, że chce być sama. Wtedy posłucha buddyjskich mantr, bo świetnie wyciszają.

Dom jest gotów na przyjęcie gości, otwarty dla pozytywnych ludzi, kolegów Marcina. Czasem się
z nimi spotyka. Wie, że gdy zadzwoni, oni zjawią się natychmiast. Zabiorą stare meble, odwiozą ją na lotnisko do Warszawy. Czasem głaszcze ich po głowie, tak jak głaskała Marcina po ściętych na jeża włosach. „Pozwalają mi na taką pieszczotę”, mówi Barbara. Gdy przyjeżdżają na rocznicę śmierci, nie tylko zapalają znicze na cmentarzu, lecz także wspólnie oglądają filmy, które na misjach kręcił Marcin; zazwyczaj filmował ludzi, w Afganistanie przeważnie dzieci.

Przed domem wypalone na drewnianej desce litery informują, że to „Marcinkowo”. „Zapraszam weteranów z misji i kolegów Marcina”, mówi Barbara. Pobyt tu może być przystankiem w wędrówce po górach, weekendowym wypadem lub planowanym wyjazdem. Trzeba tylko wysłać do Barbary maila. Prosi, żeby podać adres: ir-ys@gazeta.pl

Wie, że syn nad nią czuwa. Jak inaczej wytłumaczyć, że w deszczowy dzień 15 sierpnia, podczas odpustu w rodzinnej wsi (największe religijne święto), nagle w południe niebo się wypogadza i świeci słońce. „Bóg tak chciał”, mówi jedna z ciotek. „Nie Bóg”, prostuje Barbara, „Tylko Marcin. To on rozgania chmury. Czuwa nade mną”.
Małgorzata Schwarzgruber